Decyzje wymierzone przeciw życiu rodzą się czasem z trudnych czy wręcz dramatycznych doświadczeń głębokiego cierpienia, samotności, całkowitego braku perspektyw ekonomicznych, depresji i lęku o przyszłość… Niemniej problem ten wykracza dzisiaj poza sytuacje osobiste, chociaż ich znaczenia pominąć nie można. Występuje on bowiem także na płaszczyźnie kulturowej, społecznej i politycznej, gdzie ujawnia się jego aspekt najbardziej szkodliwy i niepokojący, a mianowicie tendencja — coraz bardziej rozpowszechniona — do interpretowania wymienionych tu przestępstw przeciw życiu jako uprawnionych przejawów wolności osobistej, które należy uznawać i chronić jako autentyczne prawa jednostki.
W ten sposób dokonuje się tragiczny w skutkach zwrot w długim procesie historycznym, który doprowadziwszy do odkrycia idei „praw człowieka” — jako wrodzonych praw każdej osoby, uprzednich wobec konstytucji i prawodawstwa jakiegokolwiek państwa — popada dziś w zaskakującą sprzeczność: właśnie w epoce, w której uroczyście proklamuje się nienaruszalne prawa osoby i publicznie deklaruje wartość życia, samo prawo do życia jest w praktyce łamane i deptane, zwłaszcza w najbardziej znaczących dla człowieka momentach jego istnienia, jakimi są narodziny i śmierć.
Rozum i doświadczenie mówią nie tylko o słabości ludzkiej wolności, ale i o jej dramacie. Człowiek spostrzega, że w jego wolności ukryta jest tajemnicza skłonność do sprzeniewierzania się owemu otwarciu na Prawdę i Dobro oraz że w rzeczywistości on sam nader często wybiera raczej dobra skończone, ograniczone i pozorne. Co więcej, w popełnianych przez siebie błędach i w niewłaściwych aktach wyboru odkrywa zaczątki radykalnego buntu, który każe mu odrzucić Prawdę i Dobro i uczynić się absolutną zasadą samego siebie: „Będziecie jak Bóg” (por. Rdz 3, 5). Wolność potrzebuje zatem wyzwolenia. Jej wyzwolicielem jest Chrystus: to On „wyswobodził nas ku wolności” (por. Ga 5, 1).
Chrystus objawia przede wszystkim, że warunkiem autentycznej wolności jest szczere i otwarte uznanie prawdy: „poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8, 32). To prawda pozwala zachować wolność wobec władzy i daje moc, by przyjąć męczeństwo. Potwierdza to Jezus przed Piłatem: „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie” (J 18, 37). Prawdziwi czciciele winni zatem oddawać Bogu cześć „w Duchu i w prawdzie” (J 4, 23): w ten sposób stają się wolni. Więź z prawdą oraz oddawanie czci Bogu objawia się w Jezusie Chrystusie jako najgłębsze źródło wolności.
Jezus objawia ponadto — i to samym swoim życiem, a nie tylko słowami — że wolność urzeczywistnia się przez miłość, to znaczy przez dar z siebie. Ten, który mówi: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15, 13), dobrowolnie idzie na Mękę (por. Mt 26, 46) i posłuszny Ojcu oddaje na krzyżu życie za wszystkich ludzi (por. Flp 2, 6-11). Tak więc kontemplacja Jezusa ukrzyżowanego to główna droga, którą Kościół musi podążać każdego dnia, jeśli pragnie w pełni zrozumieć, czym jest wolność: darem z siebie w służbie Bogu i braciom. Zaś komunia z Chrystusem ukrzyżowanym i zmartwychwstałym jest niewyczerpanym źródłem, z którego Kościół nieustannie czerpie, aby żyć w wolności, składać siebie w darze i służyć. Komentując werset z Psalmu 100 [99] Służcie Panu z weselem, św. Augustyn powiada: „W domu Pańskim niewolnicy są wolni. Wolni, ponieważ służba nie nakłada przymusu, ale nakazuje miłość (…). Miłość niech cię uczyni sługą, tak jak prawda uczyniła cię wolnym (…). Jesteś zarazem sługą i wolnym: sługą, ponieważ nim się stałeś; wolnym, ponieważ umiłował cię Bóg, twój Stwórca; więcej — jesteś wolny, bo możesz kochać swojego Stwórcę (…). Jesteś sługą Pana i jesteś wolny w Panu. Nie szukaj wyzwolenia, które oddaliłoby cię od domu twego wyzwoliciela!”.
Tak więc Kościół, a w nim każdy chrześcijanin jest powołany do udziału w munus regale Chrystusa na krzyżu (por. J 12, 32),w łasce i w posłannictwie „Syna Człowieczego, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mt 20, 28). Jezus jest zatem żywą i osobową syntezą doskonałej wolności w całkowitym posłuszeństwie woli Ojca. Jego ukrzyżowane ciało to pełne objawienie nierozerwalnej więzi między wolnością a prawdą, zaś Jego powstanie z martwych to najwyższe świadectwo płodności i zbawczej mocy wolności przeżywanej w prawdzie.
Wzajemne przeciwstawienie, czy wręcz radykalne rozerwanie więzi między wolnością i prawdą, jest konsekwencją, przejawem i dopełnieniem innej, jeszcze bardziej niebezpiecznej i szkodliwej dychotomii — tej mianowicie, która oddziela wiarę od moralności. Rozdział ten stanowi jedną z najpoważniejszych trosk duszpasterskich Kościoła w sytuacji szerzącego się sekularyzmu, w którym wielu — zbyt wielu — ludzi myśli i żyje tak, „jak gdyby Bóg nie istniał”. Stajemy tu wobec mentalności, której oddziaływanie, często głębokie, rozległe i wszechobecne, wpływa na postawy i zachowania samych chrześcijan i sprawia, że ich wiara traci żywotność oraz właściwą jej oryginalność jako nowa zasada myślenia i działania w życiu osobistym, rodzinnym i społecznym. W rzeczywistości kryteria sądów i wyborów, stosowane przez samych wierzących, którzy żyją w środowisku kultury w dużym stopniu zdechrystianizowanej, okazują się często obce Ewangelii lub nawet z nią sprzeczne.
Istnieje zatem pilna potrzeba, by chrześcijanie ponownie odkryli nowość swej wiary oraz jej moc osądzania kultury dominującej w ich środowisku: „Niegdyś bowiem byliście ciemnością — napomina nas apostoł Paweł — lecz teraz jesteście światłością w Panu: postępujcie jak dzieci światłości! Owocem bowiem światłości jest wszelka prawość i sprawiedliwość, i prawda. Badajcie, co jest miłe Panu. I nie miejcie udziału w bezowocnych czynach ciemności, a raczej piętnując, nawracajcie (…). Baczcie więc pilnie, jak postępujecie: nie jako niemądrzy, ale jako mądrzy. Wyzyskujcie chwilę sposobną, bo dni są złe” (Ef 5, 8-11. 15-16; por. 1 Tes 5, 4-8).
Trzeba ponownie odnaleźć i ukazać prawdziwe oblicze chrześcijańskiej wiary, która nie jest jedynie zbiorem tez wymagających przyjęcia i zatwierdzenia przez rozum. Jest natomiast poznaniem Chrystusa w wewnętrznym doświadczeniu, żywą pamięcią o Jego przykazaniach, prawdą, którą trzeba żyć. Słowo zresztą jest prawdziwie przyjęte dopiero wówczas, gdy wyraża się w czynach i urzeczywistnia w praktyce. Wiara to decyzja, która angażuje całą egzystencję. Jest spotkaniem, dialogiem, komunią miłości i życia między wierzącym a Jezusem Chrystusem: Drogą, Prawdą i Życiem (por. J 14, 6). Prowadzi ona do aktu zaufania i zawierzenia Chrystusowi i pozwala nam żyć tak, jak On żył (por. Ga 2, 20), to znaczy miłując ponad wszystko Boga i braci.
Jason i Crystalina Evert odpowiadają na pytania jak znaleźć miłość, czym jest skromność, co jest nie tak z pornografią i jak zacząć wszystko od nowa. Ich słowa idą w parze z mocnym świadectwem, które zainspirowało miliony nastolatków na całym świecie. Bez względu na to, czy jesteś w związku, czy też szukasz miłości, „Miłość bez rozczarowań” dostarczy ci narzędzi, które pozwolą Ci odróżnić miłość od pożądania.
Małżeństwo jest wielkim Sakramentem w Chrystusie i Kościele, mówi Apostoł. Sakrament ten jest czcigodny od wszystkich, [we wszystkich] i we wszystkim: to jest, wszechstronnie czcigodny. Czcigodny jest od wszystkich, bo nawet dziewice są mu winne pokorną cześć. Czcigodny jest we wszystkich, bo jest święty zarówno między ubogimi, jak między bogatymi. Czcigodny jest we wszystkim, albowiem jego początek i cel, i pożytki, i obrządek, i jego przedmiot – wszystko jest święte. Małżeństwo jest siejbą Chrześcijaństwa, napełniającą ziemię wiernymi, by zaludnić Niebo wybranymi. Zachowanie więc dobra małżeńskiego jest niezmiernej wagi dla dobra powszechnego, jest bowiem początkiem i źródłem wszystkich jego powodzeń.
Dałby Pan Bóg, żeby Jego najmilszego Syna wzywano na wszystkie gody weselne, tak jak Go wezwano na gody weselne w Kanie Galilejskiej, a wówczas nigdy nie zabrakłoby wina pociech i błogosławieństw. A jeżeli gdzieś tego wina brakuje, to dlatego, że tam na gody weselne na miejsce Jezusa proszą Kupidyna, a matkę Kupidyna na miejsce Matki Bożej.
Kto chce mieć jagniątka piękne i wzorzyste, powinien naśladując Jakuba pokazywać owcom piękne i wzorzyste różdżki. A kto chce mieć szczęście w małżeństwie, powinien przy małżeństwie wpatrywać się w piękność i godność tego Sakramentu. Ale zamiast tego, marnuje się najczęściej czas przygotowania do małżeństwa na tysiącznych nieporządkach w zabawach, w ucztach i hałasach. Cóż dziwnego, że i owoce z tego są nieporządne.
Nade wszystko upominam małżonków do wzajemnej miłości, którą im w Piśmie Świętym Duch Święty tak bardzo zaleca. O małżonkowie! Nie wystarczy powiedzieć wam: „Kochajcie się nawzajem miłością przyrodzoną” – bo temu i synogarlice podołają. Nie wystarczy powiedzieć wam: „Kochajcie się nawzajem miłością ludzką” – bo to i poganie umieją robić. Lecz mówię wam za wielkim Apostołem: O, mężowie, miłujcie żony wasze, jak Chrystus miłował Kościół. Żony, miłujcie swych mężów, jak Kościół miłuje swojego Zbawiciela. To Bóg sam przyprowadził Ewę do pierwszego ojca naszego, Adama i dał mu ją za żonę. Ten sam Bóg, Przyjaciele moi, Swoją niewidzialną ręką zawiązał święty węzeł waszego małżeństwa i dał was jedno drugiemu. Czemu więc nie kochacie się nawzajem miłością całkowicie świątobliwą, całkowicie świętą i całkowicie Boską?
Pierwszym skutkiem tej miłości jest nierozłączne złączenie waszych serc. Kiedy ktoś sklei dwa kawałki sosnowe dobrym klejem, złożą się one ze sobą tak mocno, że prędzej dadzą się rozłamać w innych swoich częściach niźli w tym złączeniu. A tu sam Bóg łączy męża z żoną i to we własnej Krwi, stąd złączenie Sakramentu Małżeństwa ma tę moc, że między małżonkami prędzej dusza ma się oddzielić od ciała niż mąż od żony lub żona od męża. A to złączenie nie ma się rozumieć tylko według ciała, lecz głównie według serca, przywiązania i miłości.
Drugim skutkiem miłości małżeńskiej winna być obopólna niezachwiana wierność. Dawniej pieczęcie były ryte na noszonych na palcu pierścieniach, o czym świadczy samo Pismo Święte. W tym tkwi wyjaśnienie obrzędu zachowywanego przy ślubie małżeńskim. Kościół Święty błogosławi ręką kapłana pierścień, a podając go naprzód mężowi, daje znać, że Sakramentem Małżeństwa wytłacza na jego sercu pieczęć i zamyka je, i żeby w to serce nigdy nie mogło wejść ani imię, ani miłość żadnej innej niewiasty, dopóki żyć będzie ta, która jest mu dawana za żonę. Następnie wkłada pierścień na rękę żony, żeby i ona wiedziała, że jej sercu nigdy nie wolno przyjąć miłości innego człowieka, dopóki żyć będzie ten, którego Pan nasz Jezus Chrystus daje jej za męża.
Trzecim owocem małżeństwa jest rodzenie i należyte wychowanie dzieci. O małżonkowie! Wielka to dla was cześć, że Bóg, chcąc przymnożyć dusz, które by mogły Go wielbić i błogosławić przez całą wieczność, czyni was współuczestnikami tak wzniosłego dzieła przez powołanie was do przysposabiania ciał, które On, jak rosą niebieską, ożywia duszami, stwarzając je w chwili, gdy je wszechmocnie do tych ciał sprowadza.
Zachowujcie więc, o mężowie, tkliwą, stałą i serdeczną miłość względem waszych żon. Dlatego bowiem niewiasta wydobyta została spod serca pierwszego człowieka, żeby ten umiłował ją serdecznie i czule. Słabszość ciała i umysłu waszych żon nie ma was w żaden sposób powodować do ich poniżania, ale raczej do słodkiego i miłosnego dla nich współczucia. Bo przecież Bóg stworzył je takimi po to, by zależąc od was oddawały wam więcej szacunku i czci, i byście mając je za swoje towarzyszki, byli jednak ich przewodnikami i głowami.
A wy, żony, miłujcie czule i serdecznie mężów danych wam od Boga, miłością jednak pełną czci i uszanowania – bo zaprawdę dlatego stworzył ich Bóg jako płeć mocniejszą i panującą. Chciał On, aby żona była zależna od męża, kość z jego kości, ciało z jego ciała, i aby była utworzona z jego żebra i wydobyta spod jego ramienia na znak, że ma być pod ręką i pod przywództwem męża. I całe Pismo Święte ściśle zaleca wam, żony, tę podwładność, którą jednak to samo Pismo Święte umila wam, nie tylko wymagając od was, abyście się jej poddawały z miłością, ale też nakazując mężom, by swej władzy nad wami używali z wielką ku wam miłością, czułością i słodyczą. Co Święty Piotr wyraził w tych słowach: Mężowie, współmieszkając wedle umiejętności, jako słabszemu naczyniu wyrządzajcie uczciwość.
Ale upominając was do coraz większej wzajemnej miłości, którą jesteście sobie winni, ostrzegam także, byście zwracali uwagę na to, ażeby ta wasza miłość nic przechodziła nigdy w żaden rodzaj zazdrości. Często bowiem bywa, że jak robak wylęga się w owocu najpiękniejszym i nąjdojrzalszym, tak zazdrość wyradza się z najczulszej i najtkliwszej miłości małżonków i toczy ją, i niszczy samą jej istotę, wszczynając niezgody i kłótnie i doprowadzając stopniowo aż do rozerwania.
Zaprawdę, zazdrość nigdy nie postanie tam, gdzie obopólna przyjaźń ugruntowana jest na prawdziwej cnocie. A zatem zazdrość jest niewątpliwą oznaką miłości całkowicie zmysłowej, niskiej i zbudowanej na cnocie mdłej, niestałej i skłaniającej się do podejrzliwości. Głupi to zapał przyjaźni, który chce się rozżarzać zazdrością. Bo jeśli zazdrość jest oznaką przyjaźni ognistej, to nie jest ona wcale cechą przyjaźni szlachetnej, pięknej, czystej i doskonałej. Bo doskonałość przyjaźni zasadza się na ufności w cnotę umiłowanego serca, a zazdrość pochodzi właśnie z nieufności.
Jeżeli chcecie, mężowie, by wasze żony były wam wierne, uczcie je wierności waszym własnym przykładem. Jakim czołem – mówi św. Grzegorz z Nazjanzu -możecie wymagać od waszych żon, żeby były wstydliwe, jeśli sami żyjecie bezwstydnie? Jakim czołem wymagacie od nich tego, czego im sami nie dajecie? Jeśli chcecie, żeby żyły w czystości, sami zachowujcie się względem nich w czystości. Jak mówi św. Paweł: aby umiał każdy z was naczynie swe trzymać w świątobliwości i uczciwości. Ale gdy sami własnym przykładem będziecie je uczyć oszukaństwa, cóż dziwnego, jeśli doczekacie się hańby z upadku waszych żon? Ale wy, żony, których cześć zależna jest od wstydliwości i uczciwości, strzeżcie pilnie swojej chwały i nie dopuszczajcie, by jakakolwiek lekkość ujęła z blasku waszej dobrej sławy.
Bój się, Filoteo, wszelkiego podejścia, chociażby najmniej na pozór znaczącego, i nigdy nie dopuszczaj do siebie żadnych zalotności. Ktokolwiek by przychodził chwalić twoją piękność i wdzięk, niech będzie dla ciebie podejrzany. Bo kto wychwala towar, którego nie może kupić, pragnie go zwykle dostać sposobem kradzionym. A jeśliby ktoś przy chwaleniu ciebie śmiał ganić przed tobą twojego męża, nieskończenie obrażałby twoją uczciwość. Bo wtedy byłoby widoczne, że nie tylko chce cię zgubić, ale że już cię ma za na wpół zgubioną, bo kto by się zniechęcił do pierwszego kupca, ten w połowie przyjąłby już drugiego.
W dawnych wiekach, tak samo jak w dzisiejszych, niewiasty zawieszały u swych uszu zausznice z licznych pereł, bo, jak mówi Pliniusz, doznawały miłego wrażenia, kiedy te, uderzając jedna o drugą, lekko dzwoniły. Ale ja, który wiem, że wielki przyjaciel Boży, Izaak, właśnie zausznice posłał czystej Rebece jako pierwszy datek miłości, myślę, że ta ozdoba ma znaczenie mistyczne, mówiące, że pierwszą cząstką, którą mąż ma mieć u żony, a której żona powinna wiernie mężowi dochować, jest ucho: żeby nie otwierało się ono na żadne inne mowy lub szepty, jak tylko na słodkie i miłe dzwonienie słów czystych i wstydliwych, które są drogimi perłami Świętej Ewangelii. Zawsze bowiem należy pamiętać, że jak trucizna ciał wchodzi przez usta, tak trucizna dusz – przez uszy.
Miłość i wierność małżeńska połączone razem rodzą wzajemną ufność i świętą poufałość. Dlatego Święci i Święte Pańskie, gdy żyli w małżeństwie, swobodnie używali wzajemnych pieszczot, czułych, serdecznych a czystych. Izaak i Rebeka, najczystsza para małżeńska Starego Zakonu, widziani byli w pieszczocie, po której, choć była bardzo uczciwa, Abimelech poznał, że nic byli oni bratem i siostrą, ale mężem i żoną. Wielki Święty Ludwik, równie surowy w karceniu swego ciała, jak czuły w miłości dla żony, był niemal ganiony za obfite dla niej pieszczoty; choć zasługiwał raczej na pochwałę za to, że umiał swój męski i wojenny umysł naginać do tych, tak potrzebnych do zachowania miłości małżeńskiej, drobnostek. Bo choć te małe oznaki czystej a niewinnej i szczerej przyjaźni same z siebie nie wiążą serc, to jednak je zbliżają i służą za miłą przyprawę wspólnego pożycia.
Św. Monika, brzemienna Augustynem, po wielokroć ofiarowała go Wierze chrześcijańskiej i na chwałę Bożą, jak on sam o tym świadczy, mówiąc, że jeszcze w żywocie swej matki zakosztował soli mądrości Bożej. Wielka to nauka dla żon chrześcijańskich, żeby ofiarowały Boskiemu Majestatowi owoc swojego żywota, zanim nawet jeszcze wydadzą go na świat. Albowiem Bóg, który przyjmuje dobrowolne ofiary pokornego serca, sprzyja zwykle dobrym uczuciom brzemiennych matek. Świadkami tego są: Samuel, Św. Tomasz z Akwinu, św. Andrzej z Fiesole i wielu innych.
Matka św. Bernarda, godna matka takiego syna, brała swe dzieci, gdy tylko się urodziły, na ręce i ofiarowywała je Jezusowi Chrystusowi, a od tego czasu kochała je z uszanowaniem, jako rzecz świętą, powierzoną przez Boga. Co tak szczęśliwie jej posłużyło, że cała siódemka jej dzieci była bardzo święta.
Ale gdy nowo narodzone dzieci zaczynają już poznawać i używać swojego rozumu, ojcowie i matki powinni dołożyć wszelkich starań, żeby wszczepiać w ich serce bojaźń Bożą’. Cnotliwa królowa Blanka, matka Świętego Ludwika króla, gorliwie spełniała przy nim len obowiązek, często mówiąc do niego: „O wiele bardziej wolałabym, moje drogie dziecko, patrzeć na twoją śmierć, niż na jeden choćby tylko twój grzech śmiertelny.” Które to słowa tak głęboko wryły się w duszę jej świętego syna, że jak sam opowiadał, nie było dnia w życiu, w którym by o nich nie wspomniał, z całego serca przykładając się, by tę Boską naukę jak najściślej w swoim życiu zachować.
Rodziny i pokolenia nazywają się w naszym języku domami, a i Hebrajczycy nazywali rodzenie dzieci wznoszeniem domów. W tym też znaczeniu powiedziano w Księdze Wyjścia, że Bóg zbudował egipskim niewiastom położnym domy – dla okazania, że nie na tym polega dobre budowanie domu, by weń wkładać wiele bogactw ziemskich, ale na tym, by dobrze wychowywać dzieci w bojaźni Bożej i w cnocie. Dla tego zaś celu nie należy szczędzić żadnego rodzaju pracy i starania, bo dzieci są koroną rodziców.
Św. Monika tak gorliwie i wytrwale ścigała złe skłonności Św. Augustyna, że goniąc za nim po lądzie i morzu, stała się daleko szczęśliwiej jego matką z łez – przez to, że go nawróciła – aniżeli nią była z krwi, przez to, że go powiła.
Św. Paweł niewiastom zostawia w udziale starania 0 dom. Dlatego też wielu słusznie uważa, że pobożność niewiast jest w rodzinie pożyteczniejsza niż pobożność mężów, którzy nie tak często przebywając w domu, nie mogą równie łatwo wdrożyć domowników do cnoty. Z tego też względu Salomon w swoich Przypowieściach opiera szczęście całego domu na pilności i staraniu niewiasty mężnej, którą opisuje.
Powiedziano w Księdze Rodzaju, że Izaak widząc, że jego żona Rebeka była niepłodna, modlił się za nią do Boga, przy czym w tekście hebrajskim napisano, że się modlił do Boga naprzeciw niej. Bo on modlił się z jednej strony modlitewni, a ona z drugiej – i dlatego modlitwa męża, jako podejmowana wespół z żoną, została wysłuchana.
Największą i najpożyteczniejszą związką miłości męża i żony jest święta pobożność, ku której nawzajem i na wyścigi powinni się dźwigać. Są owoce, jak pigwa, które ze względu na swą ostrość stają się smaczne jedynie w cukrze. Są inne, tak wątłe i miękkie, że jedynie w cukrze można je zachować, na przykład wiśnie i poziomki. Żony niech więc pragną tego, by ich mężowie byli przeniknięci cukrem pobożności, bo mąż bez pobożności jest zwierzęciem srogim, cierpkim i twardym.
I mężowie powinni sobie życzyć, by ich żony były pobożne, bo bez pobożności niewiasta jest bardzo ułomna i łatwo traci swą cnotę albo ją zaćmiewa.
Św. Paweł powiedział, że mąż niewierny poświęcony jest przez żonę wierną, a żona niewierna poświęcona jest przez męża wiernego. W tak ścisłym bowiem związku, jakim jest małżeństwo, mąż i żona mogą się łatwo nawzajem pociągać do cnoty. Ale jakież to błogosławieństwo, kiedy mąż i żona, oboje wierni, uświęcają się wzajemnie w prawdziwej bojaźni Bożej!
Na koniec znoszenie się wzajemne między małżonkami powinno być tak wielkie, żeby nigdy nie było między nimi gniewu i żeby nie powstała między nimi wada ani sprzeczka. Pszczoły nie zatrzymują się tam, gdzie odzywają się hałaśliwe echa. A i Duch Święty nie zamieszka w domu, w którym trwają uporczywe kłótnie, wzajemne przymawiania, wrzaski i niesforne spory.
Św. Grzegorz z Nazjanzu świadczy, że za jego czasów małżonkowie świętowali rocznicę ślubu. Bardzo byłbym rad, żeby ten obyczaj żył zawsze, byleby nie tym aparatem świeckich i zmysłowych zabaw, ale żeby mężowie i żony, w ten dzień wyspowiadani, przyjęli wspólnie Komunię Świętą i z większą niż zwykle gorącością ducha polecili Bogu powodzenie swego małżeństwa i odnowili postanowienie coraz większego uświęcania go wzajemną przyjaźnią i wiernością. Tym sposobem umacnialiby się w Panu naszym Jezusie Chrystusie na dźwiganie ciężarów swojego powołania.
O UCZCIWOŚCI ŁOŻA MAŁŻEŃSKIEGO
Łoże małżeńskie powinno być niepokalane, jak mówi Apostoł, to jest, wolne od bezwstydu i wszelkiej zmazy. Bo też święte małżeństwo było najpierw ustanowione w raju, gdzie nie było żadnej nieuczciwości i żadnego wyuzdania pożądliwości.
Jest nieco podobieństwa pomiędzy rozkoszami wstydliwymi a rozkoszami jedzenia: albowiem oba te rodzaje rozkoszy dotyczą ciała, chociaż tylko pierwsze z nich, z powodu właściwej sobie gwałtowności, nazywają się po prostu cielesnymi. To więc, czego o pierwszych wypowiadać nie mogę, objaśnię przez to, co powiem o drugich.
1. Jedzenie ustanowione jest dla zachowania nas przy życiu. A jak jedzenie używane tylko dla utrzymania i zachowania życia jest rzeczą dobrą, świętą i nakazaną, tak i to, co w małżeństwie potrzebne jest do wydawania dzieci i zachowywania i rozmnażania w ten sposób rodu ludzkiego, jest rzeczą dobrą i bardzo świętą, jako odpowiadające głównemu celowi małżeństwa.
2. Jedzenie nie dla utrzymania życia, a dla zachowania wzajemnej, należnej jednym od drugich, uprzejmości jest rzeczą bardzo sprawiedliwą i uczciwą. Podobnie wzajemne i godziwe udzielanie sobie w świętym małżeństwie rozkoszy cielesnych, św. Paweł nazywa powinnością małżeńską, i to powinnością tak wielką, że nie chce, aby jedna ze stron mogła – choćby nabożeństwem – wymawiać się od wypłacania tego małżeńskiego długu bez dobrowolnego zezwolenia na to strony drugiej. Dlatego też powiedziałem o tym osobne słowo w rozdziale o Komunii Świętej. A ileż bardziej jeszcze nie godzi się odmawiać powinności małżeńskiej z powodów błahych, dla błędnych wyobrażeń o cnocie albo też dla gniewów i dąsów.
3. Jak ci, co jedzą z obowiązku wzajemnej uprzejmości, powinni jeść z ochotą, a nie jakby z musu -owszem, nawet z oznakami przyjemności – tak i wzajemna wypłata długu małżeńskiego powinna być zawsze oddawana uprzejmie, wiernie i szczerze, a zawsze tak właśnie, jak w chęci i nadziei otrzymania dzieci, chociażby nawet, z jakichkolwiek bądź powodów, takiej nadziei nie było.
4. Jedzenie nie dla dwóch pierwszych powodów, a tylko dla dogodzenia żądzy jest rzeczą znośną, chociaż nie chwalebną, bo samo dogadzanie zmysłom nie stanowi chwalebności czynu i starcza zaledwie na jakie takie jego usprawiedliwienie.
5. Jedzenie nie dla samego dogadzania żądzy, lecz dla rozpusty i dla nadużycia, jest rzeczą mniej lub bardziej naganną, zależnie od stopnia takiego nadużycia i takiej rozpusty.
6. Nadużycie zaś w jedzeniu zależy nie tylko od nadmiaru pokarmu, ale i od sposobu jedzenia. Miód, choć tak właściwy pszczołom, może być jednak bardzo dla nich szkodliwy, gdy są nadmiernie lub w niewłaściwy sposób karmione; wówczas od nadmiaru chorują, a od niewłaściwego sposobu karmienia niekiedy nawet giną. Podobnie używanie małżeństwa, samo w sobie tak święte, sprawiedliwe, zalecone i dla społeczności ludzkiej pożyteczne, może się stać w niektórych przypadkach bardzo niebezpieczne dla duszy: czy to przez nadmiar w tym używaniu – co naraża duszę na liczne grzechy powszednie, które są jej chorobą-czy też przez tegoż używania niewłaściwość, co naraża duszę na grzech śmiertelny, a tym samym na śmierć.
Używanie małżeństwa niewłaściwe – to jest sprzeciwiające się porządkowi ustanowionemu dla rodzenia dzieci – jest grzechem bardziej lub mniej ohydnym, ale zawsze śmiertelnym, bo że rodzenie dzieci jest pierwszym i głównym celem małżeństwa, nigdy i dla żadnej przyczyny nie wolno zbaczać od ustanowionego w tym celu porządku, choćby nawet przy wyraźnej brzemienności albo niepłodności, w których to przypadkach stosunek cielesny w małżeństwie nie przestaje być sprawiedliwy i święty, bo nie zbacza od porządku zapłodnienia, nakazanego pierwotnym celem małżeństwa.
Niecne i ohydne zachowanie się Onana w małżeństwie było przed Bogiem wielką obrzydliwością, jak to czytamy w Piśmie Świętym w Księdze Rodzaju w rozdziale 38. A chociaż niektórzy kacerze naszego wieku, stokroć gorsi od cyników (o których w wykładzie Listu św. Pawła do Efezjan opowiada Święty Hieronim), tłumacząc rzecz po swojemu utrzymują, że Bogu nie podobał się sam tylko zły zamiar Onana, to jednak Pismo Święte mówi inaczej i najwyraźniej zapewnia nas, że i sam czyn tego złośnika był obmierzły i obrzydliwy przed Bogiem.
7. Jest znakiem umysłu płaskiego, nikczemnego, niecnego i szkaradnego, jeśli ktoś przed jedzeniem rozmyśla o tym, co będzie jeść; a jeszcze bardziej, jeśli ktoś po jedzeniu wspomina zjedzone już przysmaki, jeżeli myśli i rozprawia o nich, i w nich się lubuje, jak to robią obżartuchy, co przed obiadem myślami kręcą rożny, a po obiedzie ścigają nimi półmiski, godni zaiste być kuchennymi stróżami i pomywaczami, bo bogiem ich – żeby użyć wyrażenia Św. Pawła- jest brzuch. Ludzie zacni zajmują się stołem tylko przy stole, a po zjedzeniu myją ręce i wypłukują usta, żeby nie pozostał im ani smak, ani zapach tego, co zjedli.
Słoń jest bydlęciem ze wszystkich najszlachetniejszym. Przytoczę tu jeden szczegół dowodzący uczciwości jego obyczajów. Nie zmienia on nigdy samicy, a chociaż jest do niej bardzo przywiązany, to jednak tylko raz na trzy lata – i to tylko przez pięć dni -przebywa z nią na osobności, by ją zapłodnić, i to tak skrycie, żeby nikt tego nie widział; szóstego dnia spieszy do wody, żeby się w niej wykąpać i dopiero wtedy wraca do swojej trzody. Wielka to zaleta, godna zaiste tego, żeby i ludzie żyjący w stanie małżeńskim o niej pamiętali, by nie przywiązywali się do cielesnych rozkoszy, do których w granicach uczciwości małżeńskiej mają pełne prawo, i by po doznaniu tych rozkoszy obmywali z nich czym prędzej swe serca, ażeby czystym i swobodnym umysłem móc wypełniać bardziej czyste i wzniosłe ze swych obowiązków.
Na tej przestrodze polega dokładne zachowanie lej doskonałej nauki, jakiej udzielił Koryntianom św. Paweł, pisząc do nich: Czas krótki jest, niechże i którzy żony mają, będą jakoby nie mieli. Według św. Grzegorza zaś, ma żonę, jakby jej nie miał, ten, kto tak zażywa z nią rozkoszy ciała, że go to wcale nie odwraca od zajęć właściwych jego stanowi i od pobożności. A co się tu mówi o mężu, tak samo stosuje się i do żony.
I mówi ten sam Apostoł: A którzy używają świata tego, niech będą jakoby nie używali. Niech więc wszyscy używają świata, przy czym każdy według swojego powołania i w taki sposób, żeby do świata się nie przywiązując, był zawsze swobodny i pochopny do służenia Bogu i taki, jakby tego świata w ogóle nie używał. Św. Augustyn powiada, że wielkim złem człowieka jest to, że rzeczom, których wolno mu tylko używać, on się oddaje, natomiast rzeczy, którym powinien się oddawać, tylko używa. Powinniśmy być oddani rzeczom duchowym, a rzeczy zmysłowych tylko używać. A kiedy, nieostrożni, od używania rzeczy zmysłowych przechodzimy do zupełnego oddawania się im, wówczas, niestety, nasza dusza rozumna przechodzi w duszę zwierzęcą i bydlęcą.
Myślę, że powiedziałem wszystko, co chciałem In powiedzieć i że dałem do zrozumienia wszystko, co mu sialem zamilczeć.
Kontynuujemy naszą refleksję nad rodziną a dziś nad istotną cechą rodziny, to znaczy jej naturalnym powołaniem do wychowywania dzieci, aby dojrzewały w odpowiedzialności za siebie i za innych. Jakże piękne są usłyszane przez nas na początku dzisiejszej katechezy słowa św. Pawła: „Dzieci, bądźcie posłuszne rodzicom we wszystkim, bo to jest miłe w Panu, Ojcowie, nie rozdrażniajcie waszych dzieci, aby nie traciły ducha” (Kol 3,20-21).
Jest to reguła mądrościowa. Dziecko wychowane jest do słuchania rodziców, bycia posłusznym rodzicom, którzy starają się nie rozkazywać w sposób brutalny, aby dzieci nie traciły ducha. Dzieci powinny wzrastać nie tracąc ducha, krok po kroku. Jeśli wy rodzicie weźmiecie dzieci za rękę i zaproponujecie, aby wejść na te schody, krok po kroku sprawiacie, że wchodzą wyżej, to proces wychowawczy będzie przebiegał dobrze. Kiedy natomiast będziecie rozkazywać, każąc wejść wyżej, a dziecko mówi, że nie może – to się nazywa rozdrażnianiem dzieci – wymaganie od dzieci tego, czego nie są w stanie dokonać.
Tak więc ta relacja między rodzicami a dziećmi musi kierować się mądrością, wielką równowagą. „Dzieci, bądźcie posłuszne rodzicom …, bo to jest miłe w Panu, Ojcowie, nie rozdrażniajcie waszych dzieci”, domagając się od nich rzeczy, których nie są w stanie dokonać. Czy to rozumiecie? Czyni się to, aby dzieci wzrastały w odpowiedzialności za siebie i za innych. Wydaje się to stwierdzenie oczywiste, ale także w naszych czasach nie brakuje trudności.
Trudno wychowywać rodzicom, którzy widzą swoje dzieci tylko w godzinach wieczornych, gdy zmęczeni pracą wracają do domu – ci szczęśliwi, którzy mają pracę. Jeszcze trudniejsze jest to dla rodziców żyjących w separacji, obciążonych tym stanem. Bardzo im biednym wychowywać, bo już sama separacja stanowi trudność. Często też dziecko traktowane jest jak zakładnik. Ojciec mówi źle o mamie, a mama źle o ojcu, co wyrządza jemu wiele zła. Wam, małżeństwom rozbitym chciałbym powiedzieć: nigdy nie traktujcie dzieci jako zakładników, nigdy, przenigdy! Żyjecie w separacji z wielu powodów, ze względu na wiele trudności. Życie postawiło was wobec tej próby, ale niech dzieci nie noszą ciężaru tej separacji. Niech dzieci nie będą traktowane jako zakładnicy, przeciwstawiani drugiej stronie! Niech dzieci wzrastają, słysząc, że mama mówi dobrze o ojcu, a ojciec mówi dobrze o mamie pomimo, że nie są razem. Dla małżeństw rozdzielonych jest to bardzo ważne i trudne, ale możecie to uczynić.
Trzeba się jednak przede wszystkim zastanowić: jak wychowywać? Jaką tradycją dziś dysponujemy, by przekazywać ją naszym dzieciom?
Wszelkiego rodzaju „krytyczni” intelektualiści na tysiące sposobów wyciszyli rodziców, aby uchronić młode pokolenia od szkód – prawdziwych czy wyimaginowanych – wychowania w rodzinie. Rodzina została między innymi oskarżona o autorytaryzm, deprawację, konformizm, represję uczuciową, która generuje konflikty.
To prawda, powstał otwarty rozłam między rodziną a społeczeństwem, między rodziną a szkołą, zerwano pakt edukacyjny. W ten sposób nastał kryzys w przymierzu wychowawczym społeczeństwa z rodziną, ponieważ podważono wzajemne zaufanie. Objawów tego jest wiele. Na przykład, w szkole osłabieniu uległy relacje między rodzicami a nauczycielami. Czasami są napięcia i wzajemna nieufność. Konsekwencje tego oczywiście spadają na dzieci. Z drugiej strony, namnożyło się sporo tzw. „ekspertów”, którzy zajęli miejsce rodziców, nawet w najbardziej intymnych aspektach edukacji. Wiedzą oni wszystko o życiu emocjonalnym, osobowości i jej rozwoju, ich prawach i obowiązkach, znają cele, motywacje, techniki. A rodzice muszą tylko słuchać, uczyć się i dostosowywać. Pozbawieni swojej roli, często stają się zbytnio zaniepokojeni i zaborczy o swoje dzieci, aż do tego stopnia, by ich nigdy nie korygować. Mają tendencję do powierzania ich coraz bardziej „ekspertom”, nawet w kwestiach najbardziej wrażliwych i osobistych życia, sami stawiając się w kącie. W ten sposób grozi dziś rodzicom, że wykluczą siebie z życia swoich dzieci, jest to niezwykle niebezpieczne! Nie dzieje się tak zawsze, ale niekiedy obserwujemy takie przypadki.
Zazwyczaj nauczycielka w szkole zwraca uwagę dziecku i pisze notatkę do rodziców. Przytoczę anegdotę osobistą. Pamiętam, że kiedy byłem w czwartej klasie szkoły podstawowej powiedziałem nauczycielce brzydkie słowo. Ta dobra kobieta zawezwała moją mamę, która przyszła następnego dnia. Porozmawiały ze sobą a następnie zostałem wezwany. Moja mama przed nauczycielką wyjaśniła, że to, co zrobiłem było złe i nigdy nie powinno to mieć miejsca. Uczyniła to z wielką łagodnością i kazała mi przeprosić nauczycielkę w jej obecności. Zrobiłem to i byłem zadowolony, że sprawa dobrze się zakończyła. Ale to był tylko pierwszy rozdział. Kiedy wróciłem do domu, rozpoczął się rozdział drugi. Wyobraźcie go sobie. Dzisiaj, gdy nauczycielka zrobi coś takiego, to nazajutrz przyjdą rodzicie, żeby czynić wymówki nauczycielce, bo specjaliści mówią, że dzieciom nie wolno czynić wymówek w ten sposób. Czasy się zmieniły. Rodzice nie powinni wykluczać się sami z wychowywania dzieci.
To jasne, że takie podejście nie jest dobre: nie jest harmonijne, nie dialogiczne i zamiast sprzyjać współpracy między rodziną a innymi instytucjami edukacyjnymi, przeciwstawiają je sobie.
Jak do tego doszło? Nie ulega wątpliwości, że rodzice, a raczej niektóre modele edukacyjne przeszłości miały pewne ograniczenia. Ale prawdą jest również to, że są takie błędy, które mogą popełniać tylko rodzice, ponieważ mogą je zrekompensować w taki sposób, który jest niemożliwy dla kogokolwiek innego. Z drugiej strony, jak dobrze wiemy, doszło do tego, że w życiu mało jest czasu na rozmowy, refleksję i dyskusję. Wielu rodziców „zajętych” jest pracą – ojciec i matka muszą pracować – i innymi problemami, zażenowanych nowymi potrzebami dzieci i złożonością współczesnego życia, które jest takie i musimy je przyjąć takim, jakim jest, są sparaliżowani strachem przed popełnieniem błędów. Problem jednakże polega nie tylko na mówieniu. Co więcej, powierzchowny „dialogizm” nie prowadzi do prawdziwego spotkania umysłów i serc. Zadajmy sobie natomiast pytanie: „gdzie” dzieci są naprawdę na swej drodze? Czy wiemy, gdzie tak naprawdę są ich dusze? A przede wszystkim, czy chcemy wiedzieć? Czy jesteśmy przekonani, że nie oczekują one w istocie niczego innego?
Wspólnoty chrześcijańskie są wezwane do udzielenia wsparcia misji wychowawczej rodziny, i czynią to przede wszystkim za pomocą światła Słowa Bożego. Apostoł Paweł przypomina o wzajemności obowiązków między rodzicami a dziećmi: „Dzieci, bądźcie posłuszne rodzicom we wszystkim, bo to jest miłe w Panu. Ojcowie, nie rozdrażniajcie waszych dzieci, aby nie traciły ducha” (Kol 3,20-21). U podstaw tego wszystkiego jest miłość którą daje nam Bóg: która: „nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego… Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma”(1 Kor 13,5-7). Także w najlepszych rodzinach trzeba siebie znosić nawzajem, a to wymaga tak wiele cierpliwości! Takie bowiem jest życie. Nie przeżywa się go w laboratorium, ale w konkretnych realiach. Sam Jezus przeszedł przez edukację domową.
Także w tym przypadku łaska miłości Chrystusa dopełnia to, co jest wpisane w naturę człowieka. Jak wiele mamy wspaniałych przykładów rodziców chrześcijańskich, pełnych ludzkiej mądrości! Ukazują oni, że dobre wychowanie rodzinne jest podstawą humanizmu. Jego promieniowanie społeczne jest bogactwem pozwalającym na zrekompensowanie niedostatków, ran, braków ojcostwa czy macierzyństwa, które dotykają dzieci mniej szczęśliwe. To promieniowanie może dokonywać prawdziwych cudów. A w Kościele takie cuda zdarzają się każdego dnia!
Pragnąłbym, aby Pan obdarzył rodziny chrześcijańskie wiarą, wolnością i odwagą niezbędnymi dla ich misji. Jeśli wychowanie rodzinne odnajdzie dumę ze swego protagonizmu, to wiele rzeczy dla niepewnych rodziców i rozczarowanych dzieci zmieni się na lepsze. Nadszedł czas, aby ojcowie i matki powrócili ze swego wygnania, bo sami wygnali siebie z wpływu na wychowanie dzieci, aby powrócili ze swego wygnania i w pełni podjęli swoją rolę edukacyjną. Ufajmy, że Pan obdarzy nas tą łaską, byśmy nie wygnali siebie z wpływu na wychowanie dzieci, a może to jedynie uczynić miłość, delikatność i cierpliwość. Dziękuję.
Rodzina chrześcijańska, zwłaszcza dzisiaj, jest szczególnie powołana do świadczenia o przymierzu paschalnym Chrystusa poprzez ustawiczne promieniowanie radością miłowania i pewnością nadziei, z których ma zdać sprawę: „Rodzina chrześcijańska pełnym głosem oznajmia zarówno obecne cnoty Królestwa Bożego, jak i nadzieję błogosławionego życia” Posługa ewangelizacyjna rodziców chrześcijańskich jest swoista i nie do zastąpienia: nabiera ona cech typowych dla życia rodzinnego, na które winny się składać miłość, prostota, konkretne i codzienne świadectwo.
Rodzina winna tak przygotować dzieci do życia, aby każde wypełniło całkowicie swe zadanie, zgodnie z otrzymanym od Boga powołaniem. Istotnie, rodzina, która jest otwarta na wartości transcendentne, która służy braciom w radości, która wykonuje swoje zadania z wielkoduszną wiernością i która jest świadoma swego codziennego uczestnictwa w tajemnicy chwalebnego Krzyża Chrystusowego, staje się pierwszym i najlepszym seminarium powołania do życia poświęconego Królestwu Bożemu.
Posługa ewangelizacyjna i katechetyczna rodziców powinna towarzyszyć dzieciom także w okresie ich dojrzewania i młodości, kiedy — jak to często się zdarza — kontestują lub wręcz odrzucają wiarę chrześcijańską, otrzymaną w pierwszych latach życia. Podobnie jak w Kościele dzieło ewangelizacji zawsze związane jest z cierpieniem apostoła, tak w rodzinie chrześcijańskiej rodzice powinni odważnie i z wielką pogodą ducha przyjmować trudności, na jakie niejednokrotnie napotyka ich posługiwanie ewangelizacyjne wobec własnych dzieci…
Rodzina chrześcijańska, ożywiona i podtrzymywana nowym przykazaniem miłości, żyje gościnnością, szacunkiem i służbą każdemu człowiekowi, w którym zawsze dostrzega godność osoby i dziecka Bożego. Winno się to dokonać przede wszystkim wewnątrz i dla dobra małżeństwa oraz rodziny, poprzez codzienny trud tworzenia autentycznej wspólnoty osób, której podstawą jest i którą zasila wewnętrzna komunia miłości. Powinno to następnie rozwijać się w szerszym kręgu wspólnoty kościelnej, w którą rodzina chrześcijańska jest wpisana: dzięki miłości rodziny Kościół może i powinien nabrać charakteru bardziej domowego, to znaczy bardziej rodzinnego, stając się w swoich stosunkach bardziej ludzkim i braterskim.
Miłość sięga dalej, aniżeli tylko do własnych braci w wierze: „Każdy człowiek jest moim bratem”, ponieważ w każdym, a nade
wszystko w ubogim, słabym, cierpiącym i niesprawiedliwie traktowanym, miłość umie dostrzec oblicze Chrystusa i brata, którego ma kochać i któremu ma służyć…
Rodzina chrześcijańska, budując Kościół w miłości, oddaje się na służbę człowiekowi i światu, urzeczywistniając prawdziwie ów „postęp ludzki”, którego treść została zwięźle wyrażona w Orędziu Synodu do rodzin: „Do was należy kształtowanie ludzi w miłości i praktykowanie miłości we wszystkich odniesieniach do bliźnich tak, aby miłość ogarniała całą wspólnotę, aby była przepojona poczuciem sprawiedliwości i szacunku dla innych, świadoma swej odpowiedzialności wobec całej społeczności”.
– św. Jan Paweł II, „Familiaris Consortio” (fragm.).
Drugą „połówką” konieczną do istnienia dwojga jest mężczyzna, który dzięki kobiecie staje się mężem i ojcem. Kobieta bowiem staje się matką za przyczyną mężczyzny, lecz to właśnie jej macierzyństwo obdarza mężczyznę ojcostwem.
Bóg stwarzając dla mężczyzny właściwą mu pomoc (por. Rdz 2,18) nie kierował się tylko osamotnieniem mężczyzny, lecz zmierzał do pełni – komplementarności człowieka, która wyraża się w różnicy płci, by mógł w pełni wypełnić zadania, przed którymi stawiał go Bóg.
17 kwietnia 2016 r. odbyła się VIII debata z cyklu Raport Jasnogórski zatytułowana „Rodzina Bogiem silna”, w której udział wzięli: bp Roman Pindel, Jadwiga i Jacek Pulikowscy – audytorzy Synodu Biskupów nt. powołania i misji rodziny, Karolina i Tomasz Elbanowscy – dziennikarze i działacze społeczni, oraz Bartosz Marczuk – Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Debatę poprowadził red. Jan Pospieszalski.